KRÓLOWA PUSTYNI cz. I
Karol May
KRÓLOWA PUSTYNI
Wprowadzenie
Zapewne nie umknęło uwagi niejednego z czytelników pierwszych sześciu tomów moich opowiadań z podróży, że w łańcuchu zdarzeń, które rozpoczynają się w Tunezji a kończą wśród mieszkańców „Czarnych Gór powstała zarówno przestrzenna, jak i czasowa luka.
I to właśnie oni zapytaliby, czy w czasie tej długiej, konnej wędrówki z Tunisu przez Trypolis i oazę Kufarah do Egiptu nie wydarzyło się nic, co byłoby warte opisania. Niniejsze opowiadanie wypełnia tę lukę i przenosi nas w czasy, gdy jeszcze nie znałem zbyt długo swojego Hadżi Halefa Omara. I myślę, że czytelnicy, których przyjaźń i współuczestnictwo w przygodach zyskał Ha-lef, chętnie wrócą ze mną do tego okresu naszej wędrówki i z ochotą pójdą po śladach ścieżek, na których było nam sądzone wpleść się w losy tak wielu miłych ludzi, a przy tym służyć im pomocną dłonią.
Krüger-Bej
— Sidi, muszę to w końcu z siebie wyrzucić, jeżeli nie chcesz, abym się tym zadławił. Cały czas nosiłem to w sobie, jak kura, która nosi się z zamiarem zniesienia jajka i nie może znaleźć odpowiedniego miejsca. Ale moja cierpliwość się wyczerpała.
Któż inny mógłby wypowiedzieć te słowa, sądząc tylko po doborze słów, jak nie mój przyjaciel HaleĘ z którym wędrowałem przez Algierię, przez wąwozy gór Aures i przed kilkoma dniami przeżyłem tę mrożącą krew w żyłach przygodę na płaskowyżu el Dżerid, którą na pewno moi czytelnicy zachowali jeszcze w pamięci.
Odszukałem namiestnika tureckiego Wekila w Kbilli, aby dochodzić sprawiedliwości za popełnione przez Hamd el Amasata na płaskowyżu przestępstwo i jednocześnie odbić sobie na nim stratę naszych zwierząt, które zaginęły w podziemnym i podstępnym bagnie solnym.
Czytelnik wie zapewne, w jaki sposób Wekil wymierzył sprawiedliwość. Wcale jednak nie zamierzałem dać się w ten sposób odprawić. Moja postawa i skuteczne poparcie ze strony szacownej małżonki Wekila skłoniły władcę Nizalla do zrekompensowania mi straty za utracone zwierzęta i to w wysokości, która nas całkowicie mogła zadowolić. Byliśmy więc doskonale wyposażeni do drogi, gdy opuszczaliśmy Kbilli, aby kontynuować podróż po regencji Tripolis i przez oazę Kufarah do Egiptu.
Na południe od płaskowyżu, na terenie Uelad Merasig wynająłem khabira, przewodnika, aby nas
zaprowadził do Beduinów Homra, którzy posiadali swoje pastwiska zarówno z jednej, jak i z drugiej strony granicy między regencjami Tunisu i Tripolisu, o ile w tych czasach można mówić o granicy.
Zdarzyło się to właśnie, w pobliżu granicy, czy też już ją przekroczyliśmy. Właśnie w tym miejscu zagadnął mnie Halefpo dłuższym milczeniu, które nigdy nie było w jego naturze. Uczynił to równie nagle jak natrętnie. Małomówny przewodnik, który tylko wtedy wydobywał z siebie słowo, gdy było to konieczne, wyprzedzał nas o kilka stąpnięć konia.
—A więc wyduś to z siebie — odpowiedziałem na to wylewne wyznanie.
— Sidi, wiesz jak wiernym sługą jestem dla ciebie i chcę nim być też w przyszłości.
— O tym jestem przekonany, drogi Halefie.
— I dlatego tak cierpię, że pod niektórymi względami góruję nad tobą. Tak bardzo chciałbym, aby mój władca, którego kocham, zajmował nie tylko w moim sercu, ale również w mojej hierarchii wartości, należne mu miejsce.
Spojrzałem na niego zdziwiony. Do czego zmierzał? Wiedziałem przecież, że uważa się za lepszego niżja, ale jeszcze nigdy nie powiedział mi tego tak bez ogródek, prosto w oczy. Czyżby znów chciał mnie nawrócić na swoją wiarę? W tym przypadku korzystniej było milczeć, niż odsłonić swoją słabą stronę w jego oczach. Ale moje milczenie nie było na tyle pomocne, abym mógł zatrzymać wodospad jego słów.
Współczująco potrząsnął głową.
— Sidi, jesteś człowiekiem, jakiego jeszcze nigdy nie spotkałem na swojej drodze. Tak łagodnym i dobrym, a jednocześnie tak pełnym siły i odwagi. A mimo to brakuje ci czegoś, co jest tak ściśle związane z mężczyzną jak pałka i darabukka, na której żołnierz wystukuje hałaśliwy rytm.
— A cóż to takiego? — zapytałem i teraz rzeczywiście nasłuchiwałem z zaciekawieniem.
— Nie masz imienia.
— A to dopiero. Myślałem, że mam!
— Nie, sidi, nie masz imienia, a przynajmniej nie takie, jakie ja zwykłem nazywać imieniem.
— A czymże jest imię dla ciebie?
— Spójrz, sidi, dojeżdżamy do terenów, gdzie nie tylko sam mężczyzna ma swoją wartość, tyle samo waży tu jego imię. Cóż odpowiesz, gdy ktoś cię zapyta o twoje?
— Odrzeknę: Kara Ben Nemzi.
— Allah UAllah Cóż znaczy Kara Ben Nemzi. Opowiadałeś mi, że w oazach twojej ojczyzny mieszkają setki tysięcy, co mówię, miliony ludzi. Ben